HisTory część pierwsza, czyli od pomysłu do realizacji

W tym roku odbywa się już 11. edycja Plebiscytu MediaTory, który jest jednym z największych tego typu przedsięwzięć w Polsce. W związku z dziesięcioletnią już historią istnienia, postanowiliśmy znaleźć dla niej godne miejsce i tym samym rozpoczęliśmy właśnie nowy cykl artykułów o wymownej nazwie HisTory. Na pierwszy ogień idą…początki. Początki funkcjonowania Plebiscytu oraz przygotowania i przebieg jego pierwszej Gali Finałowej w 2007 roku.

 

Gdy przygotowywałem się do powstania tego tekstu, napisałem do ówczesnych organizatorów z prośbą o kontakt i podzielenie się swoimi historiami związanymi z MediaTorami. Wszyscy z nich są już znani w świecie mediów i od lat pracują w branży. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach dostałem odpowiedź o treści:

Hej – zawsze do usług 😉 jesteś z MediaTorów 😉 to prawie rodzina.” Wtedy doszło do mnie, że to jest właśnie klucz do tej historii. I klucz do zrozumienia trwałości studenckiego Plebiscytu.

Zatem jak powstawały MediaTory- naście lat temu?

Mało kto wie, że „ojcowie założyciele” przymierzali się do organizacji Plebiscytu z praktycznie zerowym doświadczeniem w tego typu inicjatywach, a cały projekt wymarzyli sobie zorganizować w… trzy miesiące. Jak się później okazało, potrzebowali na to jeszcze kolejnych dwunastu miesięcy przygotowań. Pierwsza Gala Finałowa okazała się jednak strzałem w dziesiątkę, co – potwierdzają słowa pierwszego DetonaTORa, czyli Marcina Kąckiego: Wyobrażałem sobie jakiś sztywny apel na sali gimnastycznej z dominacją nudnych przemówień dziekańskich, a zobaczyłem wspaniałą, profesjonalną imprezę z orkiestrą dętą w klimacie oldskul.

Okazuje się, że pomysł na nagradzanie najlepszych dziennikarzy przywędrował do grona krakowskich studentów z dalekiej Ameryki, a na realizację musiał poczekać kilka dobrych miesięcy. Jak wspomina jeden z założycieli oraz pierwszy prezes Stowarzyszenia MediaTory, Marcin Sikorski: Bodajże w 2005 roku, na jednym ze spotkań Koła Naukowego Studentów Dziennikarstwa UJ, prezes Cyprian Szyszka opowiedział ówczesnym członkom koła naukowego o pomyśle swojej koleżanki mieszkającej wtedy na stałe w Stanach. Podsunęła mu myśl zorganizowania wewnętrznego uczelnianego konkursu na najlepszego dziennikarza. Nikt wówczas, jednak nie miał jakoś specjalnie zapału do jego realizacji. Pomysł odżył kilka miesięcy później, kiedy prezesem Koła Naukowego został Marcin. W gronie znajomych doszedł do wniosku, że nie ma sensu głosować wyłącznie na jednego dziennikarza i to w dodatku tylko w murach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ambitni studenci zdecydowali rozszerzyć konkurs na inne uczelnie o profilach dziennikarskich oraz stworzyć kilka odrębnych kategorii.

Pozostała im kwestia wyboru nazwy dla całego przedsięwzięcia.”Dziennikarz roku”, oraz “Najlepszy dziennikarz” były już zastrzeżone przez nagrody Grand Press, więc trzeba było sięgnąć głębiej do wyobraźni. I tak Marcin Sikorski twierdzi, że to Bartek Pawłowski zasugerował, aby nazwę zaczerpnąć od kwartalnika “Mediator”, który ukazywał się w Instytucie Dziennikarstwa UJ. Szybko okazało się, że pomysł warto pociągnąć także przy nazywaniu kategorii.
Był to czas, kiedy Marcin mieszkał ze studentką lingwistyki, która posiadała w swoich zbiorach słownik a tergo. Obowiązuje w nim odwrócony porządek alfabetyczny, a o kolejności wyrazu decyduje najpierw ostatnia litera, następnie przedostatnia itd. Twórcy MediaTorów, siedząc w klubie Budda, wertowali więc cały słownik i sprawdzali, które wyrazy mają w sobie cząstkę “tor”.

Z wyborem nazw kategorii wiąże się również kawiarnia Coffeeheaven, mieszcząca się w Galerii Krakowskiej. Obecnie nazwa tamtejszego lokalu została już zmieniona, natomiast MediaTorowe kategorie na szczęście dalej pozostały na swoim miejscu. Niewiele jednak brakowało, a zostałby sfinalizowany inny pomysł (zdaniem samego autora zdecydowanie nietrafiony), zgodnie z którym kategorie miałyby nawiązywać stricte do życia studenckiego. Wówczas, na przykład materiały, które pobudzają do działania, byłyby nagradzane w kategorii “budzik”.

Gdy nazwa i kategorie były już wymyślone, trzeba było zaplanować, w jaki sposób nagradzać zwycięzców. Tu historia jest równie spontaniczna. Projekt pierwszej statuetki powstał w ulubionej już Galerii Krakowskiej, naszkicowany na … serwetce.  Bartek Pawłowski do tej pory ma zachowaną gdzieś tę “relikwię”, włożoną do przezroczystej koszulki. Każdy próbował coś wymyślić, więc i ja usiadłem i zacząłem się zastanawiać. Pod ręką miałem akurat tylko serwetkę. Narysowałem na niej jakąś powykrzywianą, prostokatną bryłę, a wokół niej oplotłem kabel od mikrofonu i tak jakoś wszystkim się ten projekt spodobał. Bartek obiecał, że przy okazji najbliższych porządków postara się pamiętną serwetkę odnaleźć i wysłać nam jej zdjęcie. Główna statuetka jednak nie była jedyną nagrodą czekającą na zwycięzców. Szymon Majewski, odbierając “AkumulaTORa” w 2007 roku, dostał prawdziwy akumulator samochodowy, który był czyszczony w IDiKS-ie, gdy ten znajdował się jeszcze na Rynku Głównym.

Na naturalnego lidera projektu wyrósł szybko Marcin Sikorski, który bardzo ambitnie podchodził do sprawowanej funkcji i, jak sam podkreśla, był wówczas trochę niecierpliwym człowiekiem. Był taki moment, w którym byłem bardzo wkurzony, że frekwencja i zaangażowanie osób na spotkaniach jest na tak niskim poziomie. Stwierdziłem, że rezygnuję z posady prezesa. Tu najważniejsza była rola dr Agnieszki Szymańskiej, czyli opiekunki naszego koła. Otóż dr Szymańska, w szczerej rozmowie, przekonała Marcina, żeby sprawował funkcję dalej. Postanowił on zostać na stanowisku, obiecując sobie, że gala w końcu musi się odbyć! Potrzeba było jednak dużo więcej czasu oraz przede wszystkim konsekwentne i zespołowe działanie. Zimny prysznic na całą ekipę organizatorów wpłynął bardzo pozytywnie. Wszyscy pracujący przy pierwszej edycji zgodnie potwierdzają, że to właśnie oddanie i poświęcenie się idei były kluczem do sukcesu. Kolejnym i może nawet trochę ważniejszym czynnikiem był stanowczy zakaz używania zwrotu „postaram się”. Jak twierdzi Marcin Sikorski, on od razu dopuszcza w głowie możliwość, że może się nie udać.

Pierwsza edycja organizowana była przez totalnych zapaleńców, którzy wiele rzeczy robili, jak to się w żargonie studenckim mawia, “na spontana”. O wielu kwestiach związanych z organizacją tego typu projektów po prostu nie wiedzieli, inne – wychodziły w trakcie przygotowań. Jak wspomina ówczesny dyrektor techniczny Gali, Bartek Paturej: Stopień naszej wiedzy może pokazywać fakt, że dopiero dwa tygodnie przed zorientowaliśmy się, że potrzebujemy oświetlenia scenicznego. Wcześniej przecież myśleliśmy, że skoro studenci tam piszą egzaminy, to chyba światło nie jest nam potrzebne.

Z kolei szefująca działem sceny Monika Borycka przyznała, że jeszcze wieczór przed Galą prowadzący rozmowy na czerwonej kanapie nie mieli ułożonych dokładnie pytań, czy zaplanowanej kolejności, w jakiej je zadadzą. Kolejnym nieoczekiwanym problemem była źle wydrukowana statuetka. Drugi człon nazwiska laureatki, Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, wygrawerowany został błędnie – jako Zalewska. Finalna wersja została dostarczona dopiero na jakieś dwie godziny przed rozpoczęciem wydarzenia. Koniec końców statuetki nie udało się laureatce odebrać osobiście, bowiem akurat dzień Gali spędzała na rodzinnym wyjeździe w Barcelonie.

Po latach jednak Katarzyna Kolenda-Zaleska bardzo ciepło wspomina tamten czas. Studenci jak wiadomo to rogate i zbuntowane dusze niepodatne na żadne środowiskowe układy. Nominacja musiała być szczera, więc tym bardziej byłam dumna. Zwłaszcza, że to była pierwsza edycja! Wraz z laureatką, także inni goście podkreślali, że organizacja Gali była na najwyższym poziomie i wypytywali tylko, która agencja eventowa czuwała nad całym projektem.

Ku zaskoczeniu twórców Gali, frekwencja tego dnia była niesamowicie wysoka, czego nikt się nie spodziewał. Mało tego, naprawdę do samego końca organizatorzy zastanawiali się, czy jest sens organizowania Gali na całej auli głównej Auditorium Maximum (jest tam bowiem możliwość podzielenia przestrzeni na dwie odrębne części). Na szczęście ktoś wybił im ten pomysł z głowy, gdyż finalnie cała aula nie pomieściła wszystkich chętnych. Gdy miejsca na sali już się wypełniły, goście byli kierowani na balkony, a to w dalszym ciągu  nie wystarczało. Spóźnialscy musieli udać się do sali obok, gdzie na specjalnym telebimie przeprowadzona była transmisja na żywo.

Najlepszym zwieńczeniem ogromnych, wielomiesięcznych starań studentów, organizujących pierwszą Galę Finałową Plebiscytu MediaTory, były piękne słowa Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. dr hab. Karola Musioła, który przyznał, że właśnie dla takich chwil warto było wybudować Auditorium Maximum.



W kolejnej części HisTory dowiemy się, jak wyglądało promowanie Plebiscytu w pierwszych latach (dla dobra sprawy czasami zdarzało się działać na granicy prawa). Poznamy także bliżej samych twórców i ich często nietypowe pomysły. Zapytamy ich o najlepsze wspomnienia oraz zrobimy mały bilans sukcesów i porażek. Zajrzymy do “MediaTorowych mieszkań”, gdzie okaże się, że MediaTory szczególnie łączą ludzi. Swoje pięć minut będzie miała również tradycyjna czerwona kanapa. Jednym słowem warto być dalej z nami!

Michał Jeleń
Michał Jeleń
Krakus z krwi i kości, od dziecka zakochany w sporcie, a w szczególności w rodzimej piłce nożnej. Pasjonat wycieczek rowerowych oraz przeżywania sportowych emocji na stadionie. Student dziennikarstwa, który w MediaTorowym teamie jest nowicjuszem. Stara się wcielać w życie hasło "Duc in altum".